Jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia, a jednocześnie jak wiele. Stara się dawać z siebie wszystko, być uczuciowym, jednocześnie zapominając o swoich potrzebach fizycznych. Nieee... nie chodzi o stosunek. Po prostu, czasem budzę się i mam poczucie, że jestem sam, że nie mam się do kogo przytulić i kogo pocałować. Po prostu chce się zakopać pod kołdrą i z niej nie wychodzić, bo czuje się w sobie taką pustkę i bezsilność, mimo iż wiem, że mogę na prawdę wiele. Po prostu opadam z sił. Leżę i patrzę w sufit jak chory psychicznie, jakby szukając na nim odpowiedzi, których i tak nikt nie jest w stanie mi udzielić. Czuję się uwięziony we własnym ciele, przybity do swojej duszy, która jakby gnije we mnie i stara się wydrzeć serce i mózg z wnętrza. Jakby coś mnie związało za ręce i nogi... ale nie tak na prawdę. Czuję te pęta na kościach jakby były obciążone co najmniej 20oma kilogramami i stawały się coraz cięższe i cięższe, dzień w dzień. Brakuje mi czasem tchu. Ściskanie za gardło nie daje mi się cieszyć tlenem jak należy. Ale to nie jest ucisk taki jak przy chorobie, czy gdy zbiera się na płacz. To dziwne uczucie którego nie potrafię wyjaśnić. Budzę się z dreszczami i nieprzyjemnym mrowieniem w żołądku którego nie potrafię wyjaśnić. A temu wszystkiemu zawsze towarzysz lęk, strach, bezsilność i poczucie, że to czego się pragnie, nigdy nie zostanie spełnione. I pomyśleć, że to wszystko tylko dlatego, że pragnie się po prostu posmakować fizycznej strony związku międzyludzkiego. Czekam już długi czas... przeżyłem już wiele takich dni i prawdopodobnie, przeżyję kolejne tyle. Los tak chce? Żeby się nie zdziwił, gdy już więcej nie będzie musiał mnie doświadczać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz